poniedziałek, 9 sierpnia 2010

let's get it started in here

i tak to się zaczyna my american dream. za 8 dni 18h i parę minut będę na rocznej emigracji w krainie słynącej z zielonych dolarów (z których niektórzy ochoczą robią origami) oraz ogromnej sieci trującego mcdonald's z poczwórnym big mac'em i dietetyczną colą. ale na pewno jest też cały milion pochowanych po kieszeniach pozytywów, asów w rękawach i wrócę przemieniona w najszczęśliwszego człowieka świata.

mój fiński brat matias (tutaj specjalny przypis dla kasi, nie myl go już ze śledziem, co? jemu może być przykro.) jest już na miejscu, a our host family zabrała go na camping, gdzie łowią ryby i grają w frisbee, chociaż zawsze kojarzyło mi się to z głupimi psami, które latają w tę i z powrotem przynosząc w zębach kawałek plastiku.

po zawirowaniach z wizą, które zawdzięczam ukochanej poczcie polskiej, mogę się już szczycić paszportem z kodem kreskowym.

oprócz mnie 18 sierpnia 2010 roku w united states of america swoje nogi postawi siedem innych osób, każdy z nas mieszka w innych stanach, ma inne rodziny, niektórzy ich jeszcze nie mają, ale nadal pozostaje cały tydzień na poszukiwania.

w tym momencie chciałabym jeszcze pozdrowić jacusia, który sprawił, że w końcu wzięłam się za siebie i coś tutaj napisałam. see you soon braciszku ;*